czwartek, 6 sierpnia 2009

Reaktywacja

Nie zaglądałem tu już pół roku, ale chyba nadszedł ten moment, że trzeba wrócić na stare śmiecie. Nie wiem, na ile starczy mi zapału, ale mam nadzieję, że na jak najdłużej. Tematów do opisania nazbierało się co niemiara i znów stoję przed tylematem, której opcji się trzymać? Czy trzymać się kurczowo jakiejś dziedziny, czy pisać o wszystkim. Myślę, że ten problem sam się rozwiąże w niedalekiej przyszłości.

Przez te pół roku, wbrew pozorom wiele się działo w moim życiu, a w szczególności od maja. Moja lokalna kariera polityczna rozwija się w zawrotnym tempie. Zostałem pełnomocnikiem wyborczym podczas wyborów do europarlamentu oraz przewodniczącym Obwodowej Komisji Wyborczej. Mam zagwarantowane pierwsze miejsce na liście w przyszłorocznych wyborach do rady miasta w swoim okręgu, co dzięki poziomowi poparcia PO równoznaczne jest z mandatem radnego. Poza tym nadzoruję tworzenie strony internetowej mareckiego koła, publikuję newsy w necie, no i będę szefem samorządowej kampanii wyborczej w Markach, więc pewnie znów zostanę pełnomocnikiem wyborczym. Wielu wyśmiałoby to, że chwalę się takimi osiągnięciami, jednak jak dla mnie, dwudziestojednoletniego studenta, który działa w szeregach partii zaledwie kilka miesięcy to mimo wszystko duży sukces.

Przez ten czas zacząłem też dorabiać na poważnie, dzięki czemu spędziłem 2 tygodnie w Moskwie, o których mógłbym napisać ciekawą książkę. No i prawie zaliczyłem sesję (ostatni egzamin 7 września). Chyba trop moskiewski będzie narazie gościł na tej stronie, bo naprawdę jest o czym pisać. I nie chodzi tu o zabytki, ale o życie zwykłych ludzi. Jaką karę muszą płacić na życie w swojej ukochanej stolicy, w osiemnastomilionowym megapolis, w którym rzadko kto liczy się z drugim człowiekiem.

I teraz coś, co chyba przeważyło szalę mojego powrotu do pisania - śmierć cioci Ireny. Bolesny cios dla mojej Rodziny. Przyglądanie się na powolne, sześcioletnie umieranie w XXI wieku, w wieku postępu technicznego i medycznego, miniaturyzacji i elektronizacji. Mimo tak wielkiego skoku cywilizacyjnego, nic nie jest w stanie uratować ludzkiego życia od nowotworu, a bliscy mogą się przyglądać na cierpienie i czekać na ostatni moment. Walka Babci z rakiem trwała zaledwie półtora roku, cioci - sześć lat. Jednak ile czasu by ona nie trwała, dla bliskich jest zawsze nauką pokory na całe życie. [*]

niedziela, 1 marca 2009

Samotna tradycja


Kolejne ferie minęły i kolejny raz stałem przed tym samym dylematem: nie gdzie pojechać, tylko z kim? Nie jestem typem człowieka uprawiającego turyzm, nie zależy mi na tym, żeby jeździć w znane miejsca, tylko po to, żeby później chwalić się przed innymi, że było się tu i tam. Najbardziej żal mi osób, które na swoich wyjazdach będąc w Turcji, czy Hiszpanii nie widzą niczego poza hotelowym basenem. Takie atrakcje można zapewnić sobie również w Polsce za podobną cenę.

Jeżeli gdzieś wyjeżdżam to wyjeżdżam tam po to, aby zobaczyć coś nowego, poznać kulturę, zwiedzić zabytki, a nie leżeć na leżaku albo oglądać w pokoju telewizję. Drugą stroną medalu jest też to, że za cele swoich podróży nie obieram oklepanych miejsc, co bardzo sobie chwalę. Nigdy nie zamieniłbym zamków nad Loarą razem z Wersalem na zamki i pałace, które widziałem w Rumunii, która już niedługo z pewnością stanie się turystyczną perłą Europy Wschodniej.

Moja podróżnicza aktywność i chęć zobaczenia niebanalnych miejsc zawsze szły w szeregu z niemożnością znalezienia sobie kompanów do wspólnych wypraw. Długi czas podróżowałem sobie z mamusią, ale ile można? W tym roku nastąpił nieoczekiwany przełom, złamałem jedną z dwóch odwiecznych zasad. Pierwsza, której jestem wierny do tej pory brzmi: nigdy nie pójdę sam do kina. Druga, która odeszła w zapomnienie brzmiała: nigdy nigdzie nie wyjadę sam. Co prawda początkowo, zasada ta miała zostać tylko nadwyrężona, bo na miejscu czekała na mnie Klaudia, jednak los nie okazał się tak łaskawy. Cudo techniki, zwane komórką, nie pierwszy raz odmówiło mi posłuszeństwa i cały wyjazd spędziłem sam. Otworzyło mi to oczy na fakt, że jeżeli chcę zrealizować plan swojego wyjazdu w 100% to najlepiej nie być niczym (czyt. nikim) ograniczonym.

Wiele super wakacyjnych ofert uciekło mi w życiu sprzed nosa, tylko dlatego, że nie miałem z kim jechać. Teraz wiem, że to był wielki błąd. Mam już dwie opcje wakacyjnego wyjazdu i jeśli nie znajdę nikogo, kto chciałby się ze mną wybrać, wiem, że nie będzie to już miało takiego znaczenia jak kiedyś, bo samotny wyjazd może być równie atrakcyjny. Pozostaje tylko pytanie: Bałkany czy Inflanty?

sobota, 24 stycznia 2009

To się tak nie da!


Wszystko ma swoje granice i mój stan zdrowia chyba właśnie je przekroczył. Nie mówię tu o zdrowiu psychicznym, bo ono od dawna nie mieści sie w żadnych normach. Moje problemy zdrowotne większości wydają się zabawne, ale mnie już dawno przestały bawić. Bo jak tu cieszyć się życiem, gdy cała twoja energia nagle znika?


Nie raz miałem ochotę przykryć się kołdrą po uszy i przespać caly dzień, ale życie nie będzie na mnie czekało. Wykładowcy nie przełożą specjalnie dla mnie terminu egzaminu, ani czas się nie zatrzyma. Całe szczęście, że na ćwiczeniach można mieć po dwie nieusprawiedliwione nieobecności i dzięki temu nie muszę odbrabiać zajęć na dyżurach. Mam nadzieję, że tak pozostanie i w drugim semestrze.


Najgorsze jest to, że moje dolegliwości pojawiają sie w najmniej odpowiednim momencie, gdy właśnie się gdzieś spieszę, gdy mam coś do zrobienia na mieście, albo gdy ktoś na mnie czeka. Najgorsze są później tłumaczenia spóźnień wywolujące u wszystkich uśmiech na ustach, a mi na prawde nie jest do smiechu.


Gdyby istniał jakiś cudowny specyfik na moją chorobę, wydałbym fortunę, aby go zdobyć i aby to wszystko wreszcie się skończyło. Trzech specjalistów i masa badań, przepisywanych leków nie dały żadnych efektów. Zmęczenie chorobą potęgowane było ciągłymi konsultacjami i szukaniem jakiegoś rozwiązania. I jak pielegnować w sobie wspominaną przez niektórych radość życia, jak na swojej drodze ma się tak wielką przeszkodę.


Jedynym ostatecznym rozwiązaniem jest badanie inwazyjne, którego wynik może być zatrważający. Chyba właśnie dlatego się na nie nie decyduję, bo wolę żyć w błogiej nieświadomości i nie zamartwiać się niepotrzebnie czymś, na co i tak nie mam wpływu. Ale wiem, że prędzej, czy później bedę musiał zrobić te badania i będzie to pewnie jedna z najnieprzyjemniejszych rzeczy, jakie mnie w życiu spotkaja.

sobota, 17 stycznia 2009

Jest taki ktoś

Jest w moim życiu pewna osoba, która wzbudza tyleż samo pozytywnych emocji, co negatywnych. A właściwie odpowiednim sformułowaniem byłoby tu: była, bo na dobrą sprawę nie utrzymujemy ze sobą kontaktu od pół roku. Była to osba, która zmieniła mój cały pogląd na świat i to dwukrotnie, gdy stawała się moim przyjacielem i gdy odstawiała mnie na boczny tor po niespełna trzech latach przyjaźni.

To był wyjątkowy okres w moim życiu z wielu względów. Ciężko byłoby tu wymienić jego wszystkie dobre i złe strony, ale na pewno wiele się nauczyłem o stosunkach międzyludzkich. Wydawało mi się, że wreszcie znalazłem bratnią duszę, z którą mogę cieszyć się z sukcesów i nie wstydzić się porażek. Ale tylko mi się wydawało, bo wszystko prysło jak bańka mydlana, w zasadzie bez podowdu. Usłyszałem tylko znamienne słowa: "robię to dla siebie".

Niestety, do tej pory byłem typem człowieka, który jak w coś się angażował to w całości, na maxa. Jednak teraz wiem, że do wszystkiego należy zachować odpowiedni dystans. Nie wszyscy potrafią odwzajemnić twoje zaangażowanie. Dla wielu JA jest nieporównywalnie ważniejsze od MY czy ONI. Do tej pory nie wiem, czy próba ratowania przyjaźni, jaka miała miejsce w połowie jej trwania, została podjęta przez obie strony by ratować MY, czy aby osiągnąć jak największe korzyści dla JA.

"Przyjaciółmi raz się staje, a nigdy nie przestaje" Te słowa jednak mają ziarno prawdy w sobie. Wiedziałem wtedy, że jeśli nie podejmę próby ratowania naszych stosunków będę sobie przez długi czas pluł w brodę. Jednak nieprzyjemne doświadczenia hamowały mnie, doprowadzały do sceptycznego podejścia do każdego pomysłu, za co nie raz mi się obrywało. Jednak nastąpił moment, kiedy się wreszcie otworzyłem, kiedy wadawało się, że jest jak dawniej. I zostałem za to ukarany. Kolejny zawód i to w tej samej sprawie jak kiedyś. Wcześniejsze obietnice i ustalenia okazały się nie mieć pokrycia.

Bez żadnych wyjaśnień wszystko pękło, a plany anulowano. Wtedy było już jasne, że nie będzie żadnego MY, w wymuszonych wyjaśnieniach słyszałem już tylko JA. Widocznie mój czas już przeminął. Czyjś czas przeminął, gdy nastał mój, a teraz mój przeminął, by nastał czyjś. Z jednej strony żałosne wydają się teraz wspólne obietnice, plany, a z drugiej strony to jednak boli. "Jeżeli nic głupiego nie spieprzyłoby tego, co jest między nami, chciałbym, abyś został ojcem chrzestnym mojego syna". Być może takie stwierdzenia u dziewiętnastolatków budzą śmiech, to jednak mi ukazywały, że nie była to tylko zwykła licealna znajomość.

Prawda jest taka, że do tej pory nie wiem, co głupiego spieprzyło to, co było między nami. Być może, cytując po raz kolejny na blogu tego samego muzyka, zyski chwilowo były niższe niż koszty i dla każdego z nas MY stało w opozycji do JA. Jednak, mimo upływu czasu, nie potrafie tak po prostu wymazać z pamięci tych prawie trzech lat. Choć ta osoba wzbudza we mnie obecnie tyle negatywnych emocji to za każdym razem, gdy mi się śni, chciałbym chociaż wysłać do niej esemesa. Boję się postawić ten pierwszy krok, ale wiem doskonale, co bym odpowiedział, gdybym odebrał od tej osoby telefon z pytaniem: "ratujemy MY?"

środa, 14 stycznia 2009

Gra warta świeczki


Sesja za pasem, a ja jak zwykle obudziłem się z ręką w nocniku. Tym razem jest o co walczyć, tylko trochę za późno się o tym dowiedziałem. Otóż, od przyszłego roku akademickiego do ERASMUSa przystępują Rosja i Ukraina, a więc stoję przed możliwością realizacji kolejnego marzenia, jakim byłby wyjazd na studia na Wschód.

Na samym początku rodzi się pytanie, czy mój instytut w porę ogarnie wszystkie formalności tak, abym mógł w przyszłym roku bezproblemowo złożyć wniosek o wyjazd. Nie pozostaje mi nic innego jak pozostać optymistą i wierzyć, że kwestie formalne będą dopiętę na czas. A teraz czas rozpocząć przygotowania do sesji, szczególnie, że z motywacją chyba nie ma problemu.

Jest jeden minus całej tej sytuacji, a mianowicie termin wyjazdu. Jeśli wszystko by się powiodło, wyjechałbym na początku trzeciego roku, a więc w przeddzień wyborów samorządowych. Wybory do Rady Miasta miały być pierwszym krokiem w mojej przyszłej karierze politycznej. Pierwsze miejsce na liście w okręgu oraz prowadzenie kampanii wyborczej kandydata na burmistrza miasta brzmią zachęcająco. Jednak co z tych elementów jest grą polityczną, a co prawdą i profitem pewnie jeszcze długo się nie dowiem.

Jeśli jednak udało by mi się złapać dwie sroki za ogon to mam nadzieję, że nie będę musiał zrezygnować z mandatu radnego. Oczywiście, zrzeknę się wynagrodzenia z tego tytułu do czasu powrotu. Zawsze będę mógł wykorzystać swoją lokalizację do działań na rzecz miasta. Nawiązanie współpracy pomiędzy szkołami, czy też pomoc Polakom mieszkającym na wschodzie byłyby dobrymi projektami do realizacji. A teraz czas zejśc na ziemię i zająć się bezpieczeństwem państwa i sytuacją kryzysową, bo w piątek czeka mnie kolos.

wtorek, 13 stycznia 2009

Gdzie się podziała magia tych świąt?

"Święta, święta i po świętach". Nienawidzę tego sformułowania, gdy tylko je słyszę, wszystko buzuje we mnie jak plusssz w szklance wody. A w okresie świątecznym trudno się przed nim ustrzec.

Wydawało mi się, że już przyzwyczaiłem się do tego, że Boże Narodzenie zaczyna się w Zaduszki, kiedy to we wszystkich super i hipermarketach wystawy sklepowe uginają się od sztucznego śniegu, włosów anielskich, lampek i łańcuchów choinkowych. Od wielu lat staram się nie zwracać na to wszystko uwagi, a zakupy świąteczne zacząć tydzień przed wigilią, żeby dopiero wtedy wdrożyć się w świąteczny klimat. Nawet w tym roku postanowiłem, jak za starych dobrych lat, pieszo wrócić z Pasterki po oblodzonym chodniku razem z ciocią Manią albo ciocią Wiesią. Co prawda, w końcu wracałem zupełnie sam, bo zasiedziałem się w zakrystii, ale nic mi to nie dało. To nie było już to samo.

Od trzech lat Boże Narodzenie nie jest takie samo. Choćbym nie wiem, jak się starał. Nic, co wiąże się ze świętami nie jest takie samo. Wigilia stała się najsmutniejszym dniem w roku. Najsmutniejszym z najsmutniejszych, bo nie ma już tej Osoby, która nadawała radość temu dniu, która była tego dnia najważniejsza i dzieki której można było w ten jeden dzień zapomnieć o całym świecie i czuć się prawdziwą, szczęśliwą rodziną. Od trzech lat szukam miejsca, gdzie możnaby spędzić ten jeden wieczór, aby choć w małym stopniu przypominał te wcześniejsze.

Rodzina to najważniejsze sacrum, parafrazując pewnego muzyka na M. I to tylko dzięki niej, nie spędzam wigilijnego wieczoru w łóżku przed telewizorem. I choć tej Osoby już nie ma z nami przy stole, to może być dumna, że co roku staramy się spędzić ten wieczór wszyscy razem, tak jak kiedyś, a miejsce nie jest tak na prawdę ważne. Dlatego, dopóki będę miał z kim podzielić się opłatkiem w wigilię, pewnie nigdy nie wyjadę na święta.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Czas zacząć

Życie. To ono zmusiło mnie to utworzenia tego bloga. A konkretnie ludzie, których w nim spotykam. Od pewnego czasu mam nieodpartą chęć wyrzucenia z siebie wszystkiego, co mnie gryzie, gnębi, przytłacza.

Niestety, nie mam narazie pomysłu, jaką konwencję przyjąć na swoim blogu. Pewnie będą to kolejne wypociny sfrustrowanego nastolatka, oj, od pół roku już nie nastolatka. Ale cóż poradzić? Szczególnie, że sesja za pasem i trudno skupiać się na jakichkolwiek walorach artystycznych, gdy przed Tobą 6 egzaminów.

Dobrze, że znajdzie się jeszcze na świecie jakaś pomocna dłoń, która wesprze Cię czasem notatkami lub xerówkami jakiegoś tekstu, oczywiście nie za ładne oczy. Wyjątkiem, o którym warto wspomnieć jest Magdalenka, która jak już mi obiecała jakiś czas temu, przesłała wszystkie swoje materiały z pierwszego roku. Jak to dobrze mieć wtyki w starszakach.

A teraz, nie pozostaje mi nic innego jak zająć dobre miejsce w dokach startowych i rozpocząć batalię sesyjną. A jest o co walczyć, ale o tym może w innym poście. Dziś, może warto nadmienić, że mam za sobą już pierwszy falstart, który zwie się dumnie "kolos u Izoldy". Zdobyłem na gronie i cieżko opracowałem pytania dwóch grup, co dawało mi praktycznie pewne 5 i zwolnienie z późniejszego egzaminu. Jednak pech chciał, że dostałem na teście trzecią grupę, o której nie miałem zielonego pojęcia (a nawet bladego). Takim sposobem liczę na zwykła zalkę i rozpoczynam przygotowania do egzaminu u Sz.P. kierownika instytutu.