"Święta, święta i po świętach". Nienawidzę tego sformułowania, gdy tylko je słyszę, wszystko buzuje we mnie jak plusssz w szklance wody. A w okresie świątecznym trudno się przed nim ustrzec.
Wydawało mi się, że już przyzwyczaiłem się do tego, że Boże Narodzenie zaczyna się w Zaduszki, kiedy to we wszystkich super i hipermarketach wystawy sklepowe uginają się od sztucznego śniegu, włosów anielskich, lampek i łańcuchów choinkowych. Od wielu lat staram się nie zwracać na to wszystko uwagi, a zakupy świąteczne zacząć tydzień przed wigilią, żeby dopiero wtedy wdrożyć się w świąteczny klimat. Nawet w tym roku postanowiłem, jak za starych dobrych lat, pieszo wrócić z Pasterki po oblodzonym chodniku razem z ciocią Manią albo ciocią Wiesią. Co prawda, w końcu wracałem zupełnie sam, bo zasiedziałem się w zakrystii, ale nic mi to nie dało. To nie było już to samo.
Od trzech lat Boże Narodzenie nie jest takie samo. Choćbym nie wiem, jak się starał. Nic, co wiąże się ze świętami nie jest takie samo. Wigilia stała się najsmutniejszym dniem w roku. Najsmutniejszym z najsmutniejszych, bo nie ma już tej Osoby, która nadawała radość temu dniu, która była tego dnia najważniejsza i dzieki której można było w ten jeden dzień zapomnieć o całym świecie i czuć się prawdziwą, szczęśliwą rodziną. Od trzech lat szukam miejsca, gdzie możnaby spędzić ten jeden wieczór, aby choć w małym stopniu przypominał te wcześniejsze.
Rodzina to najważniejsze sacrum, parafrazując pewnego muzyka na M. I to tylko dzięki niej, nie spędzam wigilijnego wieczoru w łóżku przed telewizorem. I choć tej Osoby już nie ma z nami przy stole, to może być dumna, że co roku staramy się spędzić ten wieczór wszyscy razem, tak jak kiedyś, a miejsce nie jest tak na prawdę ważne. Dlatego, dopóki będę miał z kim podzielić się opłatkiem w wigilię, pewnie nigdy nie wyjadę na święta.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz