
sobota, 24 stycznia 2009
To się tak nie da!

sobota, 17 stycznia 2009
Jest taki ktoś
Jest w moim życiu pewna osoba, która wzbudza tyleż samo pozytywnych emocji, co negatywnych. A właściwie odpowiednim sformułowaniem byłoby tu: była, bo na dobrą sprawę nie utrzymujemy ze sobą kontaktu od pół roku. Była to osba, która zmieniła mój cały pogląd na świat i to dwukrotnie, gdy stawała się moim przyjacielem i gdy odstawiała mnie na boczny tor po niespełna trzech latach przyjaźni.To był wyjątkowy okres w moim życiu z wielu względów. Ciężko byłoby tu wymienić jego wszystkie dobre i złe strony, ale na pewno wiele się nauczyłem o stosunkach międzyludzkich. Wydawało mi się, że wreszcie znalazłem bratnią duszę, z którą mogę cieszyć się z sukcesów i nie wstydzić się porażek. Ale tylko mi się wydawało, bo wszystko prysło jak bańka mydlana, w zasadzie bez podowdu. Usłyszałem tylko znamienne słowa: "robię to dla siebie".
Niestety, do tej pory byłem typem człowieka, który jak w coś się angażował to w całości, na maxa. Jednak teraz wiem, że do wszystkiego należy zachować odpowiedni dystans. Nie wszyscy potrafią odwzajemnić twoje zaangażowanie. Dla wielu JA jest nieporównywalnie ważniejsze od MY czy ONI. Do tej pory nie wiem, czy próba ratowania przyjaźni, jaka miała miejsce w połowie jej trwania, została podjęta przez obie strony by ratować MY, czy aby osiągnąć jak największe korzyści dla JA.
"Przyjaciółmi raz się staje, a nigdy nie przestaje" Te słowa jednak mają ziarno prawdy w sobie. Wiedziałem wtedy, że jeśli nie podejmę próby ratowania naszych stosunków będę sobie przez długi czas pluł w brodę. Jednak nieprzyjemne doświadczenia hamowały mnie, doprowadzały do sceptycznego podejścia do każdego pomysłu, za co nie raz mi się obrywało. Jednak nastąpił moment, kiedy się wreszcie otworzyłem, kiedy wadawało się, że jest jak dawniej. I zostałem za to ukarany. Kolejny zawód i to w tej samej sprawie jak kiedyś. Wcześniejsze obietnice i ustalenia okazały się nie mieć pokrycia.
Bez żadnych wyjaśnień wszystko pękło, a plany anulowano. Wtedy było już jasne, że nie będzie żadnego MY, w wymuszonych wyjaśnieniach słyszałem już tylko JA. Widocznie mój czas już przeminął. Czyjś czas przeminął, gdy nastał mój, a teraz mój przeminął, by nastał czyjś. Z jednej strony żałosne wydają się teraz wspólne obietnice, plany, a z drugiej strony to jednak boli. "Jeżeli nic głupiego nie spieprzyłoby tego, co jest między nami, chciałbym, abyś został ojcem chrzestnym mojego syna". Być może takie stwierdzenia u dziewiętnastolatków budzą śmiech, to jednak mi ukazywały, że nie była to tylko zwykła licealna znajomość.
Prawda jest taka, że do tej pory nie wiem, co głupiego spieprzyło to, co było między nami. Być może, cytując po raz kolejny na blogu tego samego muzyka, zyski chwilowo były niższe niż koszty i dla każdego z nas MY stało w opozycji do JA. Jednak, mimo upływu czasu, nie potrafie tak po prostu wymazać z pamięci tych prawie trzech lat. Choć ta osoba wzbudza we mnie obecnie tyle negatywnych emocji to za każdym razem, gdy mi się śni, chciałbym chociaż wysłać do niej esemesa. Boję się postawić ten pierwszy krok, ale wiem doskonale, co bym odpowiedział, gdybym odebrał od tej osoby telefon z pytaniem: "ratujemy MY?"
środa, 14 stycznia 2009
Gra warta świeczki
wtorek, 13 stycznia 2009
Gdzie się podziała magia tych świąt?
Wydawało mi się, że już przyzwyczaiłem się do tego, że Boże Narodzenie zaczyna się w Zaduszki, kiedy to we wszystkich super i hipermarketach wystawy sklepowe uginają się od sztucznego śniegu, włosów anielskich, lampek i łańcuchów choinkowych. Od wielu lat staram się nie zwracać na to wszystko uwagi, a zakupy świąteczne zacząć tydzień przed wigilią, żeby dopiero wtedy wdrożyć się w świąteczny klimat. Nawet w tym roku postanowiłem, jak za starych dobrych lat, pieszo wrócić z Pasterki po oblodzonym chodniku razem z ciocią Manią albo ciocią Wiesią. Co prawda, w końcu wracałem zupełnie sam, bo zasiedziałem się w zakrystii, ale nic mi to nie dało. To nie było już to samo.
Od trzech lat Boże Narodzenie nie jest takie samo. Choćbym nie wiem, jak się starał. Nic, co wiąże się ze świętami nie jest takie samo. Wigilia stała się najsmutniejszym dniem w roku. Najsmutniejszym z najsmutniejszych, bo nie ma już tej Osoby, która nadawała radość temu dniu, która była tego dnia najważniejsza i dzieki której można było w ten jeden dzień zapomnieć o całym świecie i czuć się prawdziwą, szczęśliwą rodziną. Od trzech lat szukam miejsca, gdzie możnaby spędzić ten jeden wieczór, aby choć w małym stopniu przypominał te wcześniejsze.
Rodzina to najważniejsze sacrum, parafrazując pewnego muzyka na M. I to tylko dzięki niej, nie spędzam wigilijnego wieczoru w łóżku przed telewizorem. I choć tej Osoby już nie ma z nami przy stole, to może być dumna, że co roku staramy się spędzić ten wieczór wszyscy razem, tak jak kiedyś, a miejsce nie jest tak na prawdę ważne. Dlatego, dopóki będę miał z kim podzielić się opłatkiem w wigilię, pewnie nigdy nie wyjadę na święta.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Czas zacząć
Niestety, nie mam narazie pomysłu, jaką konwencję przyjąć na swoim blogu. Pewnie będą to kolejne wypociny sfrustrowanego nastolatka, oj, od pół roku już nie nastolatka. Ale cóż poradzić? Szczególnie, że sesja za pasem i trudno skupiać się na jakichkolwiek walorach artystycznych, gdy przed Tobą 6 egzaminów.
Dobrze, że znajdzie się jeszcze na świecie jakaś pomocna dłoń, która wesprze Cię czasem notatkami lub xerówkami jakiegoś tekstu, oczywiście nie za ładne oczy. Wyjątkiem, o którym warto wspomnieć jest Magdalenka, która jak już mi obiecała jakiś czas temu, przesłała wszystkie swoje materiały z pierwszego roku. Jak to dobrze mieć wtyki w starszakach.
A teraz, nie pozostaje mi nic innego jak zająć dobre miejsce w dokach startowych i rozpocząć batalię sesyjną. A jest o co walczyć, ale o tym może w innym poście. Dziś, może warto nadmienić, że mam za sobą już pierwszy falstart, który zwie się dumnie "kolos u Izoldy". Zdobyłem na gronie i cieżko opracowałem pytania dwóch grup, co dawało mi praktycznie pewne 5 i zwolnienie z późniejszego egzaminu. Jednak pech chciał, że dostałem na teście trzecią grupę, o której nie miałem zielonego pojęcia (a nawet bladego). Takim sposobem liczę na zwykła zalkę i rozpoczynam przygotowania do egzaminu u Sz.P. kierownika instytutu.
