sobota, 17 stycznia 2009

Jest taki ktoś

Jest w moim życiu pewna osoba, która wzbudza tyleż samo pozytywnych emocji, co negatywnych. A właściwie odpowiednim sformułowaniem byłoby tu: była, bo na dobrą sprawę nie utrzymujemy ze sobą kontaktu od pół roku. Była to osba, która zmieniła mój cały pogląd na świat i to dwukrotnie, gdy stawała się moim przyjacielem i gdy odstawiała mnie na boczny tor po niespełna trzech latach przyjaźni.

To był wyjątkowy okres w moim życiu z wielu względów. Ciężko byłoby tu wymienić jego wszystkie dobre i złe strony, ale na pewno wiele się nauczyłem o stosunkach międzyludzkich. Wydawało mi się, że wreszcie znalazłem bratnią duszę, z którą mogę cieszyć się z sukcesów i nie wstydzić się porażek. Ale tylko mi się wydawało, bo wszystko prysło jak bańka mydlana, w zasadzie bez podowdu. Usłyszałem tylko znamienne słowa: "robię to dla siebie".

Niestety, do tej pory byłem typem człowieka, który jak w coś się angażował to w całości, na maxa. Jednak teraz wiem, że do wszystkiego należy zachować odpowiedni dystans. Nie wszyscy potrafią odwzajemnić twoje zaangażowanie. Dla wielu JA jest nieporównywalnie ważniejsze od MY czy ONI. Do tej pory nie wiem, czy próba ratowania przyjaźni, jaka miała miejsce w połowie jej trwania, została podjęta przez obie strony by ratować MY, czy aby osiągnąć jak największe korzyści dla JA.

"Przyjaciółmi raz się staje, a nigdy nie przestaje" Te słowa jednak mają ziarno prawdy w sobie. Wiedziałem wtedy, że jeśli nie podejmę próby ratowania naszych stosunków będę sobie przez długi czas pluł w brodę. Jednak nieprzyjemne doświadczenia hamowały mnie, doprowadzały do sceptycznego podejścia do każdego pomysłu, za co nie raz mi się obrywało. Jednak nastąpił moment, kiedy się wreszcie otworzyłem, kiedy wadawało się, że jest jak dawniej. I zostałem za to ukarany. Kolejny zawód i to w tej samej sprawie jak kiedyś. Wcześniejsze obietnice i ustalenia okazały się nie mieć pokrycia.

Bez żadnych wyjaśnień wszystko pękło, a plany anulowano. Wtedy było już jasne, że nie będzie żadnego MY, w wymuszonych wyjaśnieniach słyszałem już tylko JA. Widocznie mój czas już przeminął. Czyjś czas przeminął, gdy nastał mój, a teraz mój przeminął, by nastał czyjś. Z jednej strony żałosne wydają się teraz wspólne obietnice, plany, a z drugiej strony to jednak boli. "Jeżeli nic głupiego nie spieprzyłoby tego, co jest między nami, chciałbym, abyś został ojcem chrzestnym mojego syna". Być może takie stwierdzenia u dziewiętnastolatków budzą śmiech, to jednak mi ukazywały, że nie była to tylko zwykła licealna znajomość.

Prawda jest taka, że do tej pory nie wiem, co głupiego spieprzyło to, co było między nami. Być może, cytując po raz kolejny na blogu tego samego muzyka, zyski chwilowo były niższe niż koszty i dla każdego z nas MY stało w opozycji do JA. Jednak, mimo upływu czasu, nie potrafie tak po prostu wymazać z pamięci tych prawie trzech lat. Choć ta osoba wzbudza we mnie obecnie tyle negatywnych emocji to za każdym razem, gdy mi się śni, chciałbym chociaż wysłać do niej esemesa. Boję się postawić ten pierwszy krok, ale wiem doskonale, co bym odpowiedział, gdybym odebrał od tej osoby telefon z pytaniem: "ratujemy MY?"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz